JESTEM

45 tysięcy kroków w bolonii || dzienniczki introwertyczki [2]

bolonia pachniała deszczem i ciastkami.

nie myślałam już, jak dzień wcześniej wbijałam paznokcie w swoją własną dłoń przy starcie i w głowie mówiłam sama do siebie uspokajająco jakieś głupoty. nic na to nie poradzę: nienawidzę latać. wiem, że ludzie zazwyczaj wsiadają do boeinga jak do jelcza, ale ja wsiadam z myślą, że oto zaczynają się te jebane igrzyska: przeżyję czy nie? albo – i to jest najgorsze – wyobrażam sobie, jak nagle pośród tych wyluzowanych ludzi, podczas zupełnie spokojnego lotu, dostaję ataku paniki z prawdziwego zdarzenia, jestem jedną z tych, których trzeba było obezwładniać, organizować lądować awaryjnie i inne takie historie. oczywiście żaden wysunięty przez samą siebie argument, że nawet pod presją i w stresie dobrze panuję nad swoimi zachowaniami, nie działa. uciekam przed myślą, że mam pod podłogą osiem kilometrów przepaści, odsuwam od siebie wyobrażenie, jak nagle silniki się zatrzymują, a my spadamy. bywają loty, podczas których jest lepiej – na przykład kiedy dziś wracaliśmy do krakowa, siedziałam z przodu, widok sympatycznej, odprężonej załogi krzątającej się przy kolejnych wózkach tak mnie uspokajał, że całą drogę skupiłam się wyłącznie na nowej Strout, a kiedy schodziliśmy do lądowania i przeginaliśmy się to na lewo, to na prawo, odważyłam się nawet oglądać miasto. ale to dopiero dziś, w czwartek było jak zawsze, czyli gorzej. kto nie rozumie, niech pomyśli o swoich straszkach i co czuje, stojąc w ciasnym pomieszczeniu albo na otwartej przestrzeni, albo widząc pająka. a wy, którzy nie mieliście nigdy w życiu żadnej fobii, cieszcie się i radujcie.

wracając do bolonii, to naprawdę w piątkowe świąteczne przedpołudnie pachniała ciastkami. przechodziliśmy przez bramę [„damasceńska!”], a w powietrzu unosił się słodki zapach z jakiejś okolicznej piekarni.

już nie padało, chociaż cały czas było pochmurno. i co z tego: pomarańczowe, beżowe, żółte i ceglaste domy z wielkimi, zielonymi okiennicami były fantastyczne. szliśmy kolejnymi krużgankami przez miasto, dziwnie wyspokojone. wreszcie, wąskim chodnikiem, doszliśmy na miejsce.

na piazza san domenico prawie jak u nas: kawa i msza, i spacer, i kolejna kawa. białe habity. ciao!, parę chwil milczenia w ciasnej celi, w której zmarł, parę chwil milczenia przed grobem. myślę sobie: jakie to wszystko proste. i: jeśli to jest prawdą, to nie mieści się w głowie.

a jednak przede wszystkim jest całkiem zwyczajnie i zabawnie, i, jak zazwyczaj, szyderczo śmiesznie, bo na przykład okazuje się, że bolońscy dominikanie hodują na podwórku żółwie. trudno jednak całkiem wyprać się ze wzruszenia, to w końcu święto u świętego. zapalam obok niego świeczkę za tych wszystkich, którzy prosili i nie prosili; głupi gest, ale potrzebuję głupich gestów. w takiej sytuacji chyba bardziej niż głupich słów. więc zapalam i czuję, że to adekwatna modlitwa u człowieka-ognia. wychodzimy i wychodzi słońce.

z kolei czwartkowego wieczoru gdy wróciliśmy do domu, do filippe i jego kota, do pokoju pachnącego drewnem, do ogrodu, w którym rosną persymony i granaty, usiedliśmy w eklektycznej jadalni. puszczamy nouvelle vague i beirut, i agnes obel, jemy ser, pijemy wino. pierwsze i kolejne, „i tak wspaniale kręci nam się w słowach”, chociaż akurat ten wiersz był o czymś zgoła innym. w każdym razie, rzeczywiście, kręci nam się w słowach, nie możemy się nagadać, nawet jeśli kaliber tematów rośnie niebezpiecznie szybko, a ja wpadam w ciężką melancholię, której nie rozwiewają nawet najbardziej abstrakcyjne śmieszki.

tak było w czwartek, a potem nastało wszystkich świętych. wyspaliśmy się i poszliśmy w miasto: najpierw rzeczona dominikańska piazza, później niekończąca się biesiada przy stolikach ulicznych. dołączamy do niej. cały dzień snujemy się bez celu i nie mamy hamulców: gorący kawałek pizzy na ulicy, lody, kawa, wielki talerz mortadeli, bresaoli, prosciutto, salami, serów i konfitury z cebuli, aperol, białe wino, czerwone wino, dużo papierosów. chociaż i tak nic nie pobije uczty z poprzedniego dnia: tagliatelle al ragu, zabaglione, panna cotta i chociaż brzmi to jak normalne włoskie jedzenie, nic niezwykłego, to o mały włos nie zostaliśmy porwani do trzeciego nieba. porządnie, domowo, ciepło, solidnie, uczciwie.

i tyle wystarczyło, żeby zupełnie zapomnieć o lotniczych fobiach i myśleć o bolonii jako o częstszym kierunku weekendowych wyskoków. nawet jeśli tuż po śmiechu do bólu brzucha, smutki wychodzą na wierzch jak dżdżownice na deszcz, a następny dzień trzeba zacząć od rennie i czterystu miligramów ibuprofenu, nie mam wątpliwości, że chcę wrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *