JESTEM

2019 roku, nie ogarniam cię

W myśli, w mowie, w sercu wciąż bliżej mi do szydery spod znaku pogodnych sceptyków niż do aforyzmów motywatorek. A jednak w lata dwudzieste wchodzę z zaskakującą myślą: kurwa, naprawdę można robić duże rzeczy w życiu.


Złapałam się kiedyś na tym, że wszystkim dawno niewidzianym znajomym na pytanie „jak tam?”, odpowiadam: „intensywnie”. I trwa to od ładnych paru lat. 2019 nie wskazuje, żeby cokolwiek miało się zmienić.

Określić go jednym słowem? Przełomowy. Naprawdę. Nie pamiętam, żeby którykolwiek z poprzednich był podobny, jeśli chodzi o liczbę i skalę prywatnych wydarzeń, i kompletnie mnie to onieśmiela. Emocje były rozhuśtane, nawet jak na mnie. Czasem przybijająca świadomość, że stoję sama-samiutka na ringu, a po drugiej stronie cały kosmos. Czasem strach, którego nie udawało się pokonać. Czasem gorzkie żale i bolesne wkurwy. Czasem zmęczenie nie do ruszenia, poczucie, że skończyły się już nawet opary i nie mam na czym dalej gnać. Spotify nie nadążał z hurtowymi porcjami uspokajającego „At glade”, na zmianę z playlistami na chujowe poniedziałki i na niespodziewanie odzyskiwaną girl power.

To rok spełnionych onieśmielających marzeń, zrealizowanych planów, pięknych niespodzianek, ważnych decyzji, które odkładało się miesiącami. Rok, w którym jasno widzę, że przyjaźń to jest świat. Rok, w którym wyskoczyłam w góry i zobaczyłam rodzinę kozic, kupiłam sobie wisiorek z napisem „miłość”, a Ewelina zrobiła mi fajową sesję zdjęciową – ot tak, bez żadnego powodu. Albo przeciwnie, z ważnego powodu: hej, masz 27 lat, nawet jeśli zazwyczaj myślisz o sobie gorzej niż lepiej i nawet jest dla tego sensowne uzasadnienie, to traktuj siebie bez umiaru dobrze.

Jest to rok, w którym nieraz decydowałam się przypierdolić lękowi prawym prostym i wygrywałam.

1. Książka. Zebrany owoc roku 2018. W 2019 mogłyśmy wreszcie trzymać ją w rękach, podpisywać i opowiadać o niej na spotkaniach. Nadal nie wiem, jak takie dwa chaosy jak my to zrobiły. Wiem tylko, że „Pełnymi garściami” to dobra historia – tak, jak Dobre jest Basiowe życie.

2. Wielki Tydzień w Ziemi Świętej. To był jeden z najpiękniejszych tygodni w życiu. Bo odkąd zaprzyjaźniamy się z Nim, chciałam pojechać do miejsc dla Niego ważnych. Zobaczyć gdzie żył, umierał i, jak wierzę, zmartwychwstawał. A najbardziej ciągnęło mnie do zielonej Galiei pogan. Tam, gdzie po godzinach siedział z przyjaciółmi, opowiadał im o Ojcu, jadł rybę i zaczynał od nowa z Piotrem. I wszędzie tam byłam, wszystkiego dotknęłam, wszystko przeżyłam, blisko i przyjacielsko. Wino nocą nad jeziorem i na dachu z widokiem na Jeruzalem. Świeże daktyle w Tabdze i gorące falafele w Jerozolimie. Zapach kwiatów pomarańczy na dziedzińcu Piłata. Mokre oczy w Dominus flevit i na mszy po hebrajsku. A On cały czas uczył mnie, że wymyka się schematom. Znajdziesz Mnie tam, gdzie nigdy nawet nie zaczęłabyś szukać. Tak mówił mi bez słów.

3. Nowa praca. Ta przygoda nieoczekiwanie wystartowała pewnego niedzielnego, marudzącego wieczoru, gdy, jak doskonale pamiętam, siedzieliśmy z Szymonem nad kawą w Starbuniu na Szewskiej. Od słowa do słowa, od spotkania do spotkania – i w czerwcu dołączyłam do redakcji na Kopernika 26. Czy kiedykolwiek wcześniej postawiłabym siebie w roli prowadzącej jakieś spotkanie live? Panie dziejku, nigdy! Oprócz tego poznałam nowy sens słowa „dziaders”, zdarzało mi się siedzieć w pracy w wygłuszających słuchawkach i o wiele za dużo palić. Szczęście.

4. Prawko. Gdyby nie Aga, pewnie dalej odkładałabym to w nieskończoność – na szczęście koleżeństwo z pracy umie motywować. Co prawda pierwszy raz za kółkiem oznaczał rajd przez Dąbie, Grzegórzki, Podgórską, Starowiślną, Wielopole i na Lubicz… ale okazało się, że skok na głęboką wodę można przeżyć. I że jest to niczym w porównaniu z łukiem. A pod koniec marca, za drugim razem, zaparkowawszy na Koszykarskiej, usłyszałam, że zdane. Cel na 2020: przestać bać się jeździć!

5. Terapia. Chociaż widziałam, jak wielką robi to robotę, długo byłam sceptyczna. Z prostej przyczyny: bałam się jak fix. Dziś polecam wszystkim i każdemu z osobna, kto czuje w kościach, że jest coś, co notorycznie przeszkadza w spokojnym i szczęśliwym życiu. Tak, to nie jest łatwa zabawa; mój terapeuta porównuje ją do łamania kończyny, która się źle zrosła. Tak, kosztuje sporo – i wysiłku emocjonalnego, i hajsu. Ale wiem, że to inwestycja lepsza niż bitcoiny, obligacje, a nawet pracownicze plany kapitałowe. Hehe.

6. Al ragu u Dominika. Po locie, który wystawił nas na próbę cierpliwości, a ze mnie zrobił jeden wielki kłębek stresu i ostatecznie upewnił, że nie lubię latać, najpierw pojechaliśmy zostawić rzeczy i od razu, nie czekając na nic, ruszyliśmy w Bolonię. Pogoda była najgorsza; wpadliśmy prosto w objęcia listopada. Byliśmy zmarznięci, głodni i zmęczeni, i potrzebowaliśmy tylko wina, makaronu i deseru. Trafiliśmy do tej niepozornej knajpki. Po pierwszym kęsie al ragu wiedzieliśmy już, że trafiliśmy do raju. Przy deserze – że świat mógłby właściwie przestać istnieć, bo najlepsze z niego już zjedliśmy. Ale świat istniał, i całe szczęście, bo mogliśmy odwiedzić Dominika, przegadać noc przy winie i papierosach, i zjeść jeszcze kilka innych dobroci.

7. Ważne symbolicznie muzyczne powroty. Myślałam, że Fismoll to już piosenka przeszłości. Że na wieki wieków zmarnowałam szansę na wersję live. I nagle, w 2019 wrócił z niebytu, wypuścił ‚nos’ i ogłosił maj. A ja dostałam ważną lekcję z tak zwanej życiowej mądrości. Nigdy już nie zrezygnować z koncertu, gdy nie ma z kim iść. Z niczego nie rezygnować z tego powodu. I dzięki temu niedługo później, nie zastanawiając się ani sekundy, kupiłam bilet na Artura Rojka. Super miejsce – bo właściwie czemu miałabym na sobie oszczędzać?

8. Przeprowadzka do pokoju z hamakiem. Kiedy myślałam, że rok już chyba niczym mnie nie zaskoczy, okazało się, że nie mogę mylić się bardziej. Wylądowałam w nowym miejscu: z książkowym zaułkiem, antresolą i fotelem-hamakiem, który wynagradza wszelkie niepowetowane straty. Na dodatek: dwa przystanki tramwajem lub dwa papierosy spacerem od Placu Centralnego. Od Lodowej Huty, od uroczej Nowej, a przede wszystkim od najfajniejszych spacerowych terenów, na których te obiecywane sobie notorycznie dziesięć tysięcy kroków okazuje się niewystarczające.

9. I oczywiście ludzie: warszawskie weekendy u Kasi i Michała (ich kanapa niezmiennie najwygodniejsza na świecie, a wino na balkonie latem – najlepsze), dwie dzikie włóczęgi z Kat (Tarnów odkryciem roku 2019!), Magda i Kostek i czilowanko zawsze, kiedy to było niezbędne, pielgrzymka dzielnie ogarniana z Karolem… Wszyscy piękni ludzie, których poznałam.

10. I jeszcze: z milion wtop, wpadek, grzechów i błędów, na myśl o których chciałabym tylko zniknąć. I nawet ciężkie i chmurne stany, i emocjonalne kolejki górskie.

Wszystko było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *