JESTEM

sztuka życia z lękiem. 20 drobiazgów, które mogą pomóc

po prostu trzeba stosować się do zaleceń. siedzieć w domu i wychodzić do ludzi tylko w ostateczności, a to przecież umiem. myć ręce często. i śpiewać litanię dominikańską, bo skoro w średniowieczu zabiła papieża, a w 2016 pomogła mi wyrobić się magisterką do końca czerwca to znaczy, że naprawdę jest armatą. tylko spokój i trzeźwe myślenie mogą nas uratować. panika i histeria nigdy nie są dobrymi doradcami – mówię samej sobie z pełnym przekonaniem, że mam rację.

nie mija pół godziny, gdy przychodzi kolejna fala. bo ten cholerny lęk przychodzi falami.

wystarczy jeden kamyk wrzucony w wodę.

kolejna depesza na PAPie o tym, ile osób zmarło we Włoszech. albo gdy nagle wskakuje ta na czerwono – zanim jeszcze przeczytam, już mam skok adrenaliny, bo czerwona znaczy najpilniejsza. zdanie, że „wirus przenosi się drogą kropelkową”. zdjęcie Franciszka, który błogosławi pusty plac świętego Piotra. podkręcony nagłówek. kaszel. czyjś stres. coś – i to jest najgorsze – co podsunie wyobraźnia.

a co jeśli?

dynamika wzrośnie?
to gówno zmutuje?
w bankach zabranie hajsu?
w sklepach zabraknie jedzenia?
w szpitalach zabraknie wszystkiego?
w ludziach zabraknie empatii?
co będzie w przyszłym tygodniu? za dwa? za trzy i pół, kiedy zacznie się Triduum i przyjdzie Wielkanoc?

cholera, pieprzony uprzywilejowany millenials ze mnie. ile ludzi NAPRAWDĘ ma powód do zmartwienia? lekarze, pielęgniarki, cała służba medyczna, kasjerki w Tesco i Biedronce, na których wyryfia się spanikowany naród, zatrudnieni na śmieciówkach, mali restauratorzy, seniorzy. a ja, cholera, czym ja się mogę na serio zmartwić? że obejrzę z nudów całego netflixa i nawet tego „wiedźmina”, który mnie mało obszedł? że tak się jarałam spędzeniem Triduum na stolarskiej i pewnie nic z tego? żenada, żenada, żenada.

fala mnie niesie. mam nadzieję, że niezbyt daleko.

***

tymczasem po katolickiej stronie internetu, jak zawsze, dzieje się cały świat. czasem patrzę na niego okiem kogoś zupełnie z zewnątrz i właśnie wtedy zaczynam mocno trzymać kciuki za jak najszybszą paruzję, żeby, jeśli On naprawdę jest, przyszedł tu i teraz, i skończył tę naszą powszechną kompromitację i to nieustające psucie Mu prasy. w zależności od bańki, albo hostia i woda święcona poddają się prawom fizyki, albo nie; albo wirus może przemieszczać się między ludźmi nawet jeśli jest ich tylko 50, albo nie. albo Bóg jest dobry, albo nie.

po milszej sacro-części banieczki hulają pokrzepiające cytaty o tym, że „radość w Panu jest naszą ostoją” (z Nehemiasza, wypadło w jutrzni na niedzielę) albo że „pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie” (to z kolei Paweł do Filipian). tak jest, amen, też nieraz czytałam starotestamentalnego piewcę napojów słodkich oraz spokojne Pawłowe słowa o doświadczeniu, którego nie da się wyjaśnić, choćby zwinąć się w paragraf, to się nie wyjaśni. ja też jestem w tym teamie.

serio: jeśli mam komuś wierzyć, to wierzę Jezusowi, który przez dwadzieścia sześć wersetów opowiada apostołom o zniszczeniu świątyni, wojnach i kataklizmach, żeby spuentować to wszystko słowami: „gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy”. gdy rozmawialiśmy z Marcinem Jakimowiczem na spotkaniu w ramach urodzin Deonu, powiedział, że dla niego największą nadzieją jest Jego przyjście, wbrew wszystkim internetowym, straszącym kaznodziejom. „moja Biblia kończy się słowami: «łaska Pana Jezusa ze wszystkimi». ze wszystkimi!”. dla mnie to też powód do spokojnej nadziei.

a potem nagle przychodzi, jak w przypływie, kolejna fala, podcina mi nogi i pochłania. i niesie prosto w poczucie winy.

no i co, kurwa, Nehemiasz mówi, że „radość w Panu jest naszą ostoją”, a ja co?

mówię: zaufanie, a nawet nie udaję, że w to wierzę. kurwa. fasada i żenada. ja pierdolę. 

a jeśli oni, ci od Boga, który w końcu stracił cierpliwość i walnął ręką w stół, od tego, którego nigdy ani w Słowie, ani w sakramentach, ani w nauce Kościoła, ani we własnej modlitwie nie poznałam – jeśli to oni mają rację? może mają rację z tymi proroctwami, które już zapowiadają, że piekło jest pełne? może naprawdę wyląduję tam za te nieustające bluzgi, za elemy mentolowe, za to, że chcę zrobić sobie tatuaż i za te wszystkie inne takie? może ten, w którego uwierzyłam, który podnosi połamańców i łajzy, to projekcja? może naprawdę na każdym kroku trzeba WALCZYĆ plus nie wiadomo co jeszcze robić?

fala płynie, płynie.

***

takie myśli to nic dobrego. tylko dodają rozmachu kolejnej fali, a z nią jest jak z epidemią, ciężko powstrzymać. lęk przelewa się przez wszystkie komórki ciała przez wszystkie sprawy: od pandemii, przez pracę, relacje, wiarę, stan świata, stan konta, aż po sprawy wagi duperelnej. ale tę duperelność dostrzegam dopiero, gdy jest odpływ i stoję na dwóch nogach.

***

dlatego gromadzę drobiazgi. dużo drobiazgów. robię z nich koło ratunkowe, które unosi mnie na powierzchni, kiedy przychodzi fala.

20 drobiazgów (i nie tylko), które pomagają mi w czasach zarazy:

1. filmy, na które nigdy nie było czasu. u mnie to będzie: Homecoming: Film od Beyonce, Whitney, Kler i Zaplątani. (moje życie w czterech tytułach?)

2. Elena Ferrante. cykl neapolitański to najlepsze lekarstwo na rzeczywistość w każdym stanie, nawet pandemii. poza tym, chwilkę temu wyszła jej nowa książka, którą miałam czytać w strefie ciszy w pociągu do Gdyni. niech tak, przeczytam na swoim hamaku.

3. checklisty, notatki i mapy myśli. porządkują głowę, wyciągają z oceanu, uspokajają fale. co robić w ciągu dnia. marzenia na czasy po pandemii. najbliższe zakupy ebookowe.

4. śpiewanie pod prysznicem. serio! to jest złoto!

5. odcinek klocucha. albo dwa.

6. wiersz Jacka Podsiadły. albo dwa. albo siedem.

7. ładny bukiet kwiatów w wazonie. mnie pomaga.

8. troska o te w doniczkach. normalnie bliżej mi do plant killer niż crazy plant lady, ale może to się zmieni? mój zielony kącik to teraz całkiem pokaźna dżungla. a kiedy widzę, jak monstera z dnia na dzień coraz bardziej się rozwija, chcę o nią i resztę ferajny zadbać.

9. Harry Potter. wszyscy odświeżaliśmy go sobie, gdy HBO GO wypuściło wszystkie części w grudniu, ale co szkodzi, żeby jeszcze raz przejść przez najbardziej nadziejną i magiczną opowieść? na każdego dementora znajdzie się patronus.

10. monte. ten deser za 2,50 zł, ale drink też może być.

11. nowa płyta Rojka. najbardziej, z całej tej kwarantanny, to żal mi koncertu – krakowski z kwietnia przeskoczył dopiero na koniec listopada. ale przynajmniej do tego czasu przesłucham kundla jakieś pięćdziesiąt tysięcy razy. jak napisał Stelmach i szalenie mi się to spodobało: „pop dla dorosłych”. nie przebił składam się z ciągłych powtórzeń, ale może potrzebuje do tego jeszcze 49 999 odtworzeń?

12. rumianek w bardzo dużej filiżance.

13. ktoś. choćby i w okienku messengera.

14. programy o gotowaniu. lepsze niż tabletka na uspokojenie. klasycznie. Nigella, która miesza czekoladę. Jamie, który sieka zioła i obiera czosnek w dwie sekundy. i oczywiście, Jego Cesarska Mość, Makłowicz, który może robić cokolwiek, byle przy tym opowiadał. a ostatnio obejrzałam też cudowne, ciepłe i urocze Salt Fat Acid Heat – i prawie uroniłam łzę wzruszenia, gdy Samin gotowała al ragu.

15. recenzje książek Musierowicz na blogu Zwierza Popkulturalnego. absolutnie!

16. i blog Niezatapialna Armada Kolonasa Waazona. jak one się pięknie rozprawiają z każdą tandetą wydawniczą – i nie tylko taką! poza tym: świat może zmieniać się na naszych oczach, pandemie mogą przetaczać się przez świat i powodować skutki, których teraz jeszcze nie możemy przewidzieć (fala nadchodzi…), a ekipa analizatorska stoi na posterunku.

17. fajki. okropnie niezdrowe, powodują raka i choroby serca, i wiele innych strasznych rzeczy. ale gdy emocje buzują, nie ma nic ponad wyjście na chwilę na zewnątrz, kilka głębokich oddechów i zapalenie sobie jednego.

18. książki Marzeny Rogalskiej. zabijcie mnie śmiechem, ale kiedy w mojej prywatnej prognozie zapowiadają sztormy, lubię je nimi wyciszać. działają. oczywiście okropnie drażni mnie poukładany świat samych najlepszych specjalistów z różnych dziedzin, ich błyskawiczne kariery i naiwnie pospełniane marzenia, oczywiście – jako smerf maruda – najbardziej lubię, kiedy coś im się nie udaje albo z czymś się zmagają i są bardziej ludzcy w tym świecie bez kantów. a z drugiej strony – są całkiem fajnie napisane, z jajem, lekkie a niegłupie. jest w nich dużo uroku, serdeczności, dobrego jedzenia i znajomych miejsc i twarzy. z H., organistą na Stolarskiej, włącznie.

19. duchowe wsparcie. msze online moich bratków-tatków dominikańskich. abp Ryś w maleńkiej kaplicy o 7:30. uwielbienie wspólnotowe via YouTube. jak trwoga, to do Boga? no raczej. i, prawdę mówiąc, dawno nie miałam takiego poczucia jedności jak teraz, chociaż siedzę sama przed kompem.

20. psychologiczne wsparcie. jeśli fale są za duże, nie ma co się miotać, lepiej poprosić o pomoc kogoś, kto nauczy pływać. na przykład TUTAJ albo TUTAJ można zadzwonić do specjalisty i pogadać. za darmo.

***

trzymajmy się mocno.

i budujmy falochrony.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *