JESTEM

w piątki leżę w wannie, w soboty słucham podkastów, w środy mam dość. || dzienniczki introwertyczki [1]

(zeszły tydzień)

sobota: deszcze niespokojne mają swoje uroki

Za oknem leje rzęsiście, niebo szare po horyzont, deszcz bębni w parapety i barierki balkonów. Właściwie już ciemno (ciemno, prawie noc), chociaż jeszcze nie do końca. Nie mam ochoty włączać swojej gwiazdy. Mam za to ochotę wyjść w ten deszcz, roztopić się w miejskiej szarówce, snuć się. Nie zrobię tego; aż na tyle mi się nie chce, żeby zakładać wyjściowe ubrania i iść wdychać jesienny zapach mokrego chodnika.

Na parapecie pali się świeczka. Jej zapach miesza się z zapachem prania na suszarce i zielonej herbaty. Jem ryż na mleku z cynamonem. Jak zwykle spóźniona z popkulturą, oglądam dwa odcinki Ostrych przedmiotów; nie wiem, czemu dopiero teraz, skoro domyślałam się, że to będzie dobry serial, taki jak lubię – trup ściele się gęsto, gęsta atmosfera małego miasteczka i wielkiego domu, a bohaterka z głową pełną starych demonów, przed którymi na zmianę ucieka i z którymi się konfrontuje. Trochę to Miasteczko Twin Peaks, trochę Broadchurch, trochę Wielkie kłamstewka, a trochę sama nie wiem co. Amy Adams, w każdym razie, świetna.

Mija kolejny dzień bycia, jak to ładnie określa Ju., miękką bułą, najmiększą na świecie.

***

sobota [później]: deszcze niespokojne mają swoje uroki, część druga

Stachura napisał gdzieś kiedyś – nie mam pojęcia gdzie i kiedy, i czy aby na pewno to on napisał – że potrzebuje czasem wysiąść z tego kolorowego, roztańczonego korowodu. Z kolei Taco zaśpiewałby, że w piątki leży w wannie. Rozumiem jak fiks, ale dziś, ponieważ jest sobota, nie leżę w wannie. Jest nawet miło, w tle leci przyjemna plejlista, snuję się w piżamie po pustym mieszkaniu, gotuję, piję herbatę za herbatą, robię sobie maski na twarz i włosy.

I słucham podkastów na potęgę. Odpowiednio: Justyna Mazur z Pauliną Nawrocką o psychoterapii (Słuchowisko jakiś czas temu porzuciłam, ale może by jednak wrócić?), przy okazji Paulina Nawrocka o jedzeniu i kuchni (Zabawy jedzeniem; nie znałam, a bardzo sympatyczne), Luke’s English Podcast (rzadko go słucham, bo te odcinki trwają zatrważająco długo, ale i tak kocham; jak na co dzień czuję się strasznie głupia obcojęzykowo, tak, gdy słucham Luke’a, dostaję skrzydeł i znów wierzę w swoje mierne umiejętności), Imponderabilia Karola Paciorka z Filipem Springerem (książka książką, ale to, co on mówi o ekologii! Zero optymizmu, zero tanich pocieszek i naiwności – że ogranicz to i tamto, i jeszcze będzie przepięknie; nie, jeśli rządy i korporacje nie zrobią odwrotu, to moje picie wody z kranu pomoże tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale mimo wszystko, żeby zachować twarz, przyzwoitość i zrobić wszystko, co się da – i tak trzeba). Na jutro została jeszcze Okuniewska i nowe Idiotki.

Skądinąd ta moda na podkasty jest bardzo sympatyczna i budująca. Trudniej w takiej formie upchnąć tyle bzdur, co we vlogosferze. Trudniej gadać – tak na serio! – o swoim morning routine czy prezentować foodbook albo haule. Trudniej zrobić z siebie influencera, a jeśli nawet ktoś śmiało mógłby podążyć drogą, jak mawiają marketingowe tęgie głowy, „monetyzacji treści” – mam na myśli Okuniewską, bo chyba tylko ona ma na tyle charyzmy i publiki – ma na to całkowicie wyjebane. Poza tym – wiadomo, radio to magia. Nawet jeśli to już nie klasyczne radio tylko podkast na Spotify.

Słucham ich i mam ochotę sama zacząć nagrywać, ale, po pierwsze, mam kompleks swojego głosu (jest strasznie dziwny; wiem, że każdemu, kiedy słyszy swój głos, wydaje się, że jest dziwny – ale mój jest naprawdę i nawet nie chodzi o to, że czasem moje „r” niebezpiecznie przypomina „t”).

Po drugie, mam kompleks tego, jak się wysławiam (wiem, że język mówiony a pisany to dwa światy; że w prawdziwym świecie zdań nie buduje się według wzoru podmiot, orzeczenie, określenia, a dłuższych wypowiedzi – wstęp, rozwinięcie, zakończenie; o tym schemacie zresztą powinno się zapomnieć natychmiast po napisaniu ostatniej punktowanej według klucza szkolnej rozprawki i już nigdy do niego nie wracać, zwłaszcza jeśli robi się w literach; niemniej – kiedy mówię, najczęściej mam w głowie tylko: „co ja pierdolę? Jakiś szereg słów bez sensu! To na pewno ja władam językiem czy ci wszyscy śmieszni teoretycy mieli rację i jednak język włada mną? Kurwa, skończ, skończ to jak najszybciej!” – i kończę).

A po trzecie i najważniejsze – chyba na razie nie mam nic do powiedzenia światu, zwłaszcza, że nie jestem najlepsza w gadanie a vista. Więc olewam myśli o byciu podkasterką, duszę pomysły w zarodku i bez większego żalu, pogodzona idę tam, skąd przyszłam. I słucham podkastów na potęgę.

***

środa: wszystko sprawia wrażenie jakby był już piątek i to przyszłego tygodnia

Czasem jest mniej miło. Wtedy nie umiem skupić się na podkastach ani serialach Netflixa i HBO. Raczej wyobrażam sobie wszystko, co najgorsze.

Wtedy też miotam się między „dajcie mi święty spokój”, a pisaniem i kasowaniem esemesów do różnych ludzi, żeby nie znikali tak na amen. Mam wtedy ochotę pokazać światu środkowy palec w odpowiedzi na każde: „weź się w garść”, „daj spokój”, „nie przesadzaj”, „jutro będzie lepiej” oraz na wszelkie złote rady, jak też na obietnice modlitwy. Doceniam natomiast każde wzięte na klatę marudzenie i obecność.

Napisałam dziś kilku osobom parę miłych i doceniających zdań. Mówienie innym dobrych rzeczy jest zawsze potrzebne; na przekór czasom i ludziom wbrew.

Telefon przypomina, żeby iść spać.

***

piątek: będę leżeć w wannie.

A to już niedługo, coraz bliżej.

5 thoughts on “w piątki leżę w wannie, w soboty słucham podkastów, w środy mam dość. || dzienniczki introwertyczki [1]”

  1. Dzięki za dobre słowo o podkastach 🙂 I nie wahaj się tylko po prostu zacznij nagrywać – masz o czym pisać, więc będziesz miała o czym mówić. Spróbować zawsze warto, najwyżej odpuścisz 🙂

  2. Kiedyś czytałem blogi, w tych zamierzchłych czasach, kiedy nie było Facebooka i YouTube. Po przeczytaniu Twoich dwóch wpisów doszedłem do wniosku, że muszę wrócić do tego zwyczaju. Świetnie piszesz, dlatego z niecierpliwością będę czekał na kolejne teksty.

    Jeśli chodzi o ekologiczny styl życia, to niestety jestem pesymistą – z żoną staramy się skrupulatnie segregować śmieci, pijemy wodę z kranu, chodzimy na zakupy z torbami materiałowymi, ale takie mikro działania nie sprawią, że degradacja środowiska naturalnego się zmniejszy. W sklepie królują plastikowe opakowania – piwo i keczup można kupić w szklanym słoiku, ale już majonez zapakowany w podobny sposób kosztuje trzy razy więcej niż ten w plastikowym kubku. Zgadzam się zatem z opinią, że jedynie dobra wola rządów i korporacji może uratować naszą planetę.

  3. Jeśli przeczyta Pani to co napisała powstanie fajny podcast. Trafiłam tu przypadkiem, potem było ciężko trafić z powrotem – nawet trudno odszukać Pani blog w google 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *